Oto krótka historia przemiany pewnego modelu. Przemiany, której – jak niektórzy twierdzą – niezły wynik stał się zaczątkiem innego, nieco poważniejszego postrzegania mojego hobby.
Do budowania modeli powróciłem po wielu latach. Modelarstwo i lotnictwo było moją pasją od dziecka. Największa aktywność przypadła na lata siedemdziesiąte, przyzwoite w kontekście dostępności modeli i literatury. W następnej dekadzie zarzuciłem jednak swoje pasje. Inne obowiązki, rodzina, brak czasu i zgoła inne priorytety w budżecie zrobiły swoje. Jednak niedawno powróciłem do modelarstwa. Zachęcony, a wręcz zauroczony bogactwem oferty modelarskiej na rynku, rzuciłem się w to z tym większym entuzjazmem. Jakoś nie przeszkadzało mi, że był to trochę zapał neofity. Budowałem modele jeden po drugim. W skali 1:72 oczywiście, takiej jak przed laty. Wykorzystując dobrodziejstwo dzisiejszych technik, akcesoriów i chemii, budowałem kolejne modele. Wydawało mi się, że są super, zwłaszcza w porównaniu z tymi z przeszłości. Zgodnością z pierwowzorami specjalnie się nie przejmowałem. Liczyła się zabawa. Pierwsze opinie na jednym z forów były nawet bardzo zachęcające. Którymś z kolejnych wyborów był F4U-1A Corsair, znana 29 kpt. Iry C. Kepforda. Miałem kiedyś podobnego z Revella. Tym razem bazą stał się zestaw Tamiyi. Samosklejalny, piękny model, wzbogacony barwionymi blaszkami Eduarda w kabinie. Postanowiłem ustawić go w mini scence, przedstawiającej zaimprowizowaną anegdotę, z udziałem figurek. Z całości byłem niezmiernie dumny i pokazując moje dzieło na innym forum byłem pewien, że jest to jeden z najlepszych moich modeli. Wyglądało to tak:
Niestety, krytyka była miażdżąca. Moja frustracja spowodowana odrzuceniem była wielka, wydawało mi się, że nikt nie rozumie, o co chodzi, że wszyscy się czepiają nieznaczących szczegółów:
a to, że scoreboards nie były malowane, tylko nalepiane...
a to, że figurki toporne…
a to, że śmigło i zbiornik nie te…
a to, że kalki w złych miejscach…
a to, że taśmy krzywo położone i porwane, a pędzel wygląda jak kawał kija…
a to, że kolor wnęk podwozia nieprawidłowy i okienko nie takie…
a to, że światła pozycyjne zrobione z kalkomanii…
I tak można by jeszcze długo.
Pierwszą moją reakcją był oczywiście foch – zabrałem zabawki i poszedłem na swoje podwórko. Później… nie, emocje nie opadły. Przeobraziły się w myśl: - Ja wam jeszcze pokażę, myślicie że nie umiem lepiej?! Postanowiłem gruntownie przerobić model, poprawiając ile się da. Ponieważ powłoki lakiernicze były położone poprawnie i podstawowa kolorystyka nie budziła wątpliwości, Korsarz nie wylądował w krecie. Zrobiłem listę elementów do zmiany i poprawy. Przede wszystkim zrezygnowałem ze scenki. Zgromadziłem wszelkie dostępne zdjęcia przedstawiające 29 i informacje o tym samolocie. Przestudiowałem również materiał fotograficzny o innych F4U-1A z tego okresu i rejonu działań. Ponieważ najbardziej znane zdjęcia 29 przedstawiają samolot z bardzo charakterystycznymi śladami eksploatacji, moim celem nadrzędnym stało się maksymalne zbliżenie się do wizerunku znanego ze zdjęć:
źródło: http://www.bentwings.com/kepford/kepford.htm
Oczywiście bardzo się obawiałem porażki, przerysowań, czy karykaturalności efektów. Tym bardziej, że nie miałem żadnego doświadczenia w pracy z technikami malarskimi niezbędnymi przy weatheringu. A skala mała, więc o przedobrzenie nietrudno. Zdałem się wyłącznie na improwizację i intuicję. Poprawa detali, wymiana części kalkomanii, przemalowanie wnęk podwozia i wiele innych czynności również wchodziło w skład pakietu naprawczego. Niestety, nie udokumentowałem fotograficznie przeprowadzonego remontu. Zdjęcia pokazują jedynie stan po. Generalnie wykorzystywałem miks filtrów, pasteli i kredek, choć gdybym miał opisać to dokładnie, to teraz miałbym z tym kłopot. Bo to był raczej twórczy szał. W przyszłości planuję powtórzyć całe przedsięwzięcie z Korsarzem, ale w skali 1:32. Być może wtedy zrobię to chłodniej.
Choć nowy Korsarz ma jeszcze wiele niedociągnięć, jednakże w jakiejś mierze założony cel został osiągnięty. Niemniej ważna od technicznych poprawek tego modelu była przemiana mojego podejścia do modelarstwa. Odkryłem, że szukanie podstaw dokumentacyjnych, dbałość o właściwe szczegóły, swoiste małe śledztwa dotyczące historii danego egzemplarza nie zabijają zabawy. Przeciwnie, mogą być dużo bardziej interesujące, niż budowa samego modelu. W każdym razie ja już nieco inaczej widzę modele, co wcale nie znaczy, że inne podejście to błąd. Modelarstwo jest bardzo pojemną dziedziną i… bardzo indywidualną. Jest w nim miejsce dla wszystkich.
Aha, jeszcze jeden wniosek – na poprawki nigdy nie jest za późno…
Tekst i zdjęcia - Krzysztof Traczyk








