Charakterystyczne kształty Corsaira od dawna przyciągają modelarzy jak magnes. Ciekawa pod względem technicznym, nowatorska konstrukcja amerykańskiego myśliwca, którego legendę zbudowały wyczyny sławnych, niepokornych pilotów US Navy i Marines walczących nad wyspami Pacyfiku, doczekała się wielu udanych modelarskich portretów. Również i ja uległem urokowi długiego nosa i skrzydeł załamujących się w rozpoznawalny dla wszystkich miłośników lotnictwa kształt litery W. Dlatego właśnie F4U-1 z Tamiyi w podziałce 1:48, miał stać się dla mnie jednym z pierwszych po powrocie do hobby sprzed lat, poważnych wyzwań modelarskich.
Zapoznawszy się z podstawową literaturą dotyczącą pierwowzoru, zdecydowałem, że zbuduję model samolotu w dwukolorowym kamuflażu, w barwach któregoś z dywizjonów operujących w rejonie Archipelagu Wysp Salomona. Ponieważ moim priorytetem podczas budowy miało być malowanie, już na wstępnym etapie wybrałem konkretny egzemplarz – białą 20 por. Foya Poncho Garisona z VMF-213. Dokonanie wyboru konkretnego egzemplarza samolotu jeszcze przed przystąpieniem do budowy jego modelu polecam gorąco wszystkim. Taka kolejność z jednej strony pozwala wychwycić i oddać w miniaturze ewentualne różnice techniczne między obiektem, który chcemy przedstawić, a typowym egzemplarzem, którego wykonanie umożliwia zestaw, z drugiej - łatwiej podejmować kolejne wysiłki, mając przed oczyma w miarę dokładny obraz zamierzonego efektu końcowego. Dalsze prace pokazały, że przeoczenia na etapie planowania prowadzą do istotnych komplikacji technologicznych, o czym będzie okazja powiedzieć dalej.
Początkowo założyłem, że jedyną modyfikacją modelu Tamiyi będzie wychylenie powierzchni sterowych i wzbogacenie wnętrza kabiny, podwozia i silnika minimalną ilością fototrawionych elementów Eduarda.
Po sklejeniu elementów kabiny pomalowałem wnętrze na kolor ciemnozielony Dull Green (Humbrol H-75), a fragment kadłuba widoczny przez otwór kółka ogonowego i części wnęk podwozia przed dźwigarem skrzydła - na kolor łososiowy (Salmon) uzyskany przez zmieszanie farby żółtej (H 81), czerwonej i czarnej. Warto zauważyć, że zalecany przez producenta do wszystkich powierzchni wewnętrznych kolor zielony (Green Zinc Chromate) nie odpowiada rzeczywistości.
Po sklejeniu i pomalowaniu części kabiny pilota jej powierzchnie bardzo nieśmiało pocieniowałem sproszkowanymi suchymi pastelami. Wnętrze tylnej części kadłuba i pokrywy kółka ogonowego pomalowałem na kolor Salmon.
Ponieważ spasowanie wyprasek modelu jest bardzo dobre - jak zwykle u Tamiyi - montaż głównych elementów kadłuba nie przysporzył problemów. O ile jednak wybierze się opcję budowy samolotu z rozłożonymi skrzydłami, warto poświęcić większą uwagę łączeniu ich składanych partiii z centropłatem. Lepszym, niż proponowane w instrukcji, rozwiązaniem wydaje się być sklejenie w pierwszej kolejności całych dolnej i górnej powierzchni, a następnie połączenie ich ze sobą.
Gdy bryła płatowca była gotowa, zacząłem nieco baczniej przyglądać się detalom. Szybko pożałowałem, że nie zrobiłem tego przed przystąpieniem do sklejania. Archiwalne zdjęcia ujawniły, że w porównaniu do wczesnych egzemplarzy fabrycznych, w samolotach eksploatowanych na Salomonach dokonano rozmaitych modyfikacji. Większość korsarzy miała nową limuzynę kabiny z wybrzuszeniem, pod którym umieszczono lusterko wsteczne. Prawdopodobnie, w związku z takim rozwiązaniem kwestii obserwacji tylnej półsfery, możliwe stało się dopancerzenie kabiny. W miejscu, gdzie w fabrycznych F4U-1 była płyta z zagłówkiem, zaopatrzona w wycięcia umożliwiające obserwację do tyłu przez okna po bokach kadłuba, w wielu bojowych Corsairach Marines pojawiła się szersza i solidniejsza dodatkowa płyta pancerna pozbawiona wycięć i zagłówka. O ile producent zestawu zadbał o właściwą owiewkę, to całkowicie pominął zmiany w tylnej ścianie kabiny. Ponieważ ja również wcześniej nie zwróciłem uwagi na ten szczegół, teraz zmuszony byłem dorobić płytę w złożonym już kadłubie, tak aby nie zniszczyć wcześniej zamontowanych elementów wnętrza.
Dzięki rzetelnej analizie dokumentacji na etapie planowania budowy, można było uniknąć problemów, instalując lepiej wykonaną płytę w odpowiednio przygotowanym kadłubie.
Z wyciągniętych nad płomieniem kawałków patyczków do uszu i fragmentów plastiku z ramek dorobiłem imitację wlewu paliwa na górnej powierzchni przedniej części kadłuba. Wypełniłem także, zbędny w F4U-1, stopień na prawej wewnętrznej klapie.
Chociaż do tej pory nie miałem zamiaru ingerować w powierzchnie modelu uznając, że nie ma potrzeby nitować samolotu, w którym poszycie połączone było z konstrukcją szkieletową metodą zgrzewania, to po kolejnym przejrzeniu materiału fotograficznego, ostatecznie zdecydowałem się podjąć próbę odwzorowania odkształceń powierzchni charakterystycznych dla intensywnie eksploatowanych Corsairów.
Aby uzyskać efekt pofalowania blach, wydrapałem w plastiku zaokrąglonym ostrzem skalpela rowki, które następnie wypolerowałem drobnoziarnistym papierem ściernym.
Po doklejeniu uprzednio odciętych powierzchni sterowych w pozycji wychylonej, okazało się, że zaproponowane przez Tamiyę imitacje siłowników odpowiadających za wychylenie trymerów sterów wysokości i kierunku, jako elementy bardzo eksponowane, wymagają poprawy.
Popychacze dorobiłem z rozciągniętych nad płomieniem kawałków plastiku (na zdjęciu widoczny efekt po pokryciu Surefacerem).
Zespoły podwozia głównego i silnika zostały wzbogacone fototrawionymi detalami produkcji Eduarda., a część imitująca żaluzje na okapotowaniu silnika zyskała bardzo uproszczoną imitację systemu napędu.
Golenie podwozia zaopatrzyłem w zrobione z drutu przewody hamulcowe i, podobnie jak elementy zespołu napędowego, pomalowałem i "ubrudziłem" rozcieńczoną farbą olejną.
Na marginesie, trzeba dodać, że niewątpliwą wadą zestawu Tamiyi jest to, że z użyciem części z pudełka nie można zbudować prawidłowego modelu samolotu w malowaniu VF-17, do którego kalkomanie dołączono. Pierwsze Corsairy Jolly Rogers (łącznie z bojowo używanymi najstarszymi F4U-1A) miały bowiem, inaczej niż samoloty Marines, klapki regulujące przepływ powietrza na całym obwodzie osłony silnika.
Przed przystąpieniem do malowania pokryłem model podkładem Mr. Surefacer 1200. W tym momencie wkroczyłem na nieznane mi terytoria modelarstwa i rozpocząłem śmiały, jak na moje możliwości, eksperyment malarski. Ponieważ zależało mi na wiernym i maksymalnie wiarygodnym oddaniu śladów eksploatacji samolotu użytkowanego w skrajnie nieprzyjaznych warunkach, w okresie ciężkich walk, o sposobie zrobienia imitacji ubytków w powłoce lakierniczej rozmyślałem od początku budowy. Ostatecznie zdecydowałem się zrobić odrapania, wytarcia i obicia metodą wymagającą przygotowania kilku warstw farby przed położeniem lakieru w kolorze kamuflażu.
Większość powierzchni modelu pokryłem metalizerem w kolorze aluminium.
Części skrzydeł najbardziej narażone na wycieranie i obijanie podczas czynności obsługowych zespołu napędowego i uzbrojenia pomalowałem żółtą farbą akrylową, która miała imitować podkład z żółcieni chromianowej.
Jako kolru Non Specular Light Grey, na dolnych powierzchniach użyłem akrylowej farby Model Master Gull Grey (4763), rozjaśnionej kilkoma kroplami białego. Jasnoszary kolor wykorzystałem także do pomalowania wszystkich wewnętrznych powierzchni modelu widocznych z zewnątrz (wnętrza osłony silnika, luków podwozia i ich pokryw oraz goleni i felg kół). Przed nałożeniem koloru Non Specular Blue Grey (LifeColor UA038) poddałem elementy jasnoszare zestawowi dość chaotycznych zabiegów zakończonych nałożeniem olejnego washa.
Wash nałożony w formie nierozcieńczonej mieszanki farb Raw Umber, białej i czarnej o gęstej konsystencji został wytarty po kilku minutach zmieniając nieco odcień powierzchni.
Pomalowany na szaroniebiesko model został w końcu poddany miejscowemu "odzieraniu z zewnętrznej powłoki". Akrylowa farba LifeColor niedługo po nałożeniu bardzo łatwo poddała się drewnianej wykałaczce. Dobrze wyschnięta w ciągu paru dni żółta farba Model Master Acrylic niechętnie ulegała wydrapywaniu, ale użycie nieco większej siły rozwiązało problem.
Posługując się metodą wydrapywania śladów obić, należy zachować ostrożność – słabo przylegająca do metalicznego podkładu akrylowa powłoka łatwo uległa przypadkowemu uszkodzeniu. Na szczęście ubytek udało się załatać.
Duże, monotonne połacie intensywnego szaroniebieskiego koloru nijak nie korespondowały z moim, ukształtowanym na podstawie licznych zdjęć, wyobrażeniem wyeksploatowanego, wyblakłego i brudnego samolotu – weterana wielu dni intensywnych działań bojowych. W kolejnym etapie malarskiego eksperymentu moim celem stało się więc urozmaicenie powierzchni kadłuba i skrzydeł. Nie ufając swoim umiejętnościom w posługiwaniu się aerografem, postanowiłem znów wykorzystać farby olejne. Ponownie zacząłem od ciemnych kolorów (mieszanek na bazie Raw Umber) nanoszonych na matową powierzchnię w miejscach, w których chciałem uzyskać efekt cienia. Po kilku minutach wycierałem gęste błoto patyczkami do uszu i chusteczkami higienicznymi. Następnie na całej powierzchni wcierałem rozmaite (jaśniejsze lub ciemniejsze) mieszanki olejnych farb w kolorach zbliżonych do koloru kamuflażu.
Do zróżnicowania powierzchni użyłem najtańszych farb olejnych, mieszając kolory w różnych proporcjach.
Po wyschnięciu warstwy olejnej powłoki, która przy okazji podkreśliła linie podziału blach, dając efekt delikatnego washa, namalowałem (używając masek Montexu) znaki przynależności państwowej i numery taktyczne. Pola białe zostały pomalowane farbą ze sporym dodatkiem szarości, natomiast pola niebieskie pokryłem mieszanką farb granatowej i szarej. Na tym etapie budowy na skrzydłach naniosłem także linie ostrzegawcze wykonane z cienkich pasków pomalowanej na czarno kalkomanii i namalowałem czarne chodniki. Muszę w tym miejscu wspomnieć, że określeń czarny i biały nie należy rozumieć dosłownie. Ponieważ w pomniejszeniu czyste kolory wyglądają nienaturalnie, do malowania wszyszystkich detali używałem farb złamanych domieszką szarości lub brązu.
Model po długotrwałym wcieraniu olejnych farb zyskał połysk, dlatego nie było konieczne użycie błyszczącego lakieru pod kalkomanie.
Dopiero po nałożeniu kalkomanii z efektownym orłem, charakterystycznym dla samolotu Poncho Garisona, zdałem sobie sprawę z rozbieżności w kolorach i detalach między rysunkiem zaproponowanym przez Tamiyę, a rzeczywistym wyglądem nose-artu, znanym ze zdjęcia białej 20.
Uznałem, że tak tego zostawić nie można, a z drugiej strony bałem się malować odręcznie skomplikowany wzór. Ostatecznie zdecydowałem się na kolejne nieszablonowe, desperackie działanie. Uznałem, że nie zaszkodzi spróbować farb, które da się usunąć bez uszczerbku dla poprzednich warstw.
Kolory i niektóre detale orła poprawiałem zwykłymi dziecięcymi farbkami akwarelowymi. Po kilku próbach udało mi się uzyskać akceptowalny efekt.
Następnie, w celu przygotowania modelu do dalszych zabiegów i zabezpieczenia nietrwałego akwarelowego malunku na dziobie, pokryłem wszystkie powierzchnie matowym lakierem Pactry. Miejscami, dla podkreślenia cieni lub uzyskania efektu wzmożonego blaknięcia powierzchni krytych płótnem, stosowałem transparentną mieszankę lakieru z kolorem ziemistym lub jasnoszarym.
Ostatnie działania - istotne z punktu widzenia realizmu wyglądu modelu - zmierzały do odtworzenia typowych dla wczesnych F4U śladów oleistych zabrudzeń po wyciekach spod pokrywy zbiornika paliwa, w rejonie dolnej części osłony silnika, a przede wszystkim, charakterystycznej dla mojego egzemplarza, dużej plamy (prawdopodobnie rozlanego płynu chłodniczego) ciągnącej się wzdłuż prawego boku kadłuba. Nauczony doświadczeniem, już bez obaw przystąpiłem do malowania zacieków mocno rozcieńczoną akwarelą. Dodałem także wykonane sproszkowanymi suchymi pastelami okopcenia w rejonie kolektorów wydechowych i wylotów luf uzbrojenia strzeleckiego.
Po kilku próbach poczynionych na fragmentach zabytkowego Lublina, których celem było ustalenie właściwego koloru, namalowałem charakterystyczne dla Corsaira zabrudzenia.
Po zamontowaniu wszystkich wystających elementów pokryłem model ostatnią warstwą matowego werniksu, dorobiłem anteny z nici nylonowej pozyskanej ze starych rajstop i domalowałem światła pozycyjne. Ostatnią czynnością było naniesienie akwarelowo-pastelowego brudu na opony i zabezpieczenie go matowym lakierem.
Zdjęcia gotowego modelu można obejrzeć tutaj.
Budowa F4U-1 była dla mnie ciekawym i z pewnością pouczającym doświadczeniem. Z zapałem nowicjusza, bez zahamowań, eksperymentowałem z niepopularnymi, wymyślanymi na bieżąco technikami, niekiedy odchodząc daleko od utartego, powtarzającego się w forumowych relacjach kanonu. Kilka z tych wycieczek w nieznane zakończyło się klapą, inne dały nadspodziewanie dobre rezultaty, niektóre były niepotrzebną próbą wyważania otwartych drzwi. Wiele rzeczy dziś zrobiłbym inaczej. Koniec końców powstał jednak model, który mnie w efekcie finalnym umiarkowanie ucieszył, ale za to bardzo wiele nauczył.
Tekst i zdjęcia: Michał Pyziak








